poniedziałek, 19 grudnia 2016

Dziwne zwyczaje kulinarne w Wietnamie

O dziwnych dla nas zwyczajach kulinarnych z Wietnamu (i nieco również z Tajlandii) opowiem w ramach zimowego projektu Klubu Polki Na Obczyźnie. Dziewczyny dzielą się cudacznymi potrawami i niecodzienną dla nas kulturą jedzenia - muszę przyznać, że jak do tej pory to mój ulubiony projekt. Wczoraj o Irlandzkich dziwnościach pisała Małgosia.

***

Kuchnia w krajach Azji Południowo-Wschodniej może szokować. Wietnamczycy są tego świadomi, dobrze znają twarze turystów wykrzywione obrzydzeniem, gdy patrzą na ich przysmaki. Z niedowierzaniem patrzą na mnie. Bo przecież białasy tego nie jedzą. Tak, my z naszymi gustami dla nich jesteśmy tak samo dziwni, jak oni dla nas. Ja próbuję wszystkiego, co się da. Wszystkiego, co nie żyje i nie rusza mi się na talerzu.

 hodowla jadalnych świerszczy

A Wietnamczycy naprawdę jedzą wszystko. Bez problemu można dostać mięso psa, szczura, krokodyla, węża.  Kradzieże domowych psów na mięso są niestety na porządku dziennym. Rzadziej (ja się nie spotkałam z tym na moje szczęście) można też posmakować mięsa kota. Popularne jest również wszelkiego rodzaju robactwo. Świerszcze, koniki polne, robaki jedwabniki. Miałam straszne opory, by ich spróbować. Ale jak się przemogłam, w Tajlandii, to naprawdę polubiłam. Smażone na głębokim oleju robale smakują jak chipsy. Bywają też jedzone żywe. W Delcie Mekongu podawana jest bardzo droga potrawa z żywych, ogromnych larw żyjących na palmach (na to się nie skuszę jednak). To nie koniec rzeczy, które można zrobić z robaków. Nadają się również na nalewkę. Jedwabniki zalewa się winem ryżowym i jest jak znalazł. Podobnie można postąpić z wężem, czy jaszczurką (podobno dobre dla panów na potencję!) - chociaż to jest coraz mniej popularne.

  smażone świerszcze z sosem chilli

Co jeszcze można zjeść? Pijawkę na przykład. Zazwyczaj zabitą, ale żywe też bywają spożywane. Poza owocami morza znanymi nam przysmakami są również takie żyjątka, o których byśmy nie pomyśleli, że są jadalne. Strzykwy, czy też przeróżne pływające robactwo. I ponownie - to właśnie robactwo potrafi być czasem bardzo drogie.

Ostatnio kolega oznajmił mi, że pewne rodzaje krabów są lepsze w pełni księżyca, a inne w nowiu. Popatrzyłam trochę, jak na czubka, cóż to znowu za zabobon. Ale próbowałam krabów nad morzem i faktycznie. Pełnia i wskazany krab taki dobry, jak nigdy. Okazało się, że to jednak nie wydumane pomysły, a po prostu pora żerowania krabów - niektóre gatunki wychodzą na łowy w zupełnej ciemności, podczas nowiu, inne preferują się nażreć podczas jasnej pełni. A taki porządnie najedzony krabik smakuje lepiej, niż wygłodniały.

pyszny krab w pełni księżyca

Szczególnym i dla Europejczyków chyba najpaskudniejszym przysmakiem jest balut. Jest to jajko, w którym rozwija się pisklak w wieku od 14 do 21 dni. Po tym czasie zostaje ugotowane. Można jeść prosto ze skorupki - najpierw wypija się płyn, potem dodaje sos i - łyk wszystko na raz, albo przyrządza się z balutów potrawy - na przykład z tamaryndem. Wbrew pozorom są bardzo smaczne. Miękkie, rozpływające się... no po prostu dobre. Warto spróbować. Wrażliwym nie polecam za to zaglądać do środka.

 przepiórcze baluty w tamaryndzie z morning glory

Jak już jesteśmy przy szokujących potrawach, to nie mogłabym nie wspomnieć o śmierdzielach. Bardzo popularne w Wietnamie sosy są fermentowane. A co za tym idzie - wonieją tak, że kiedy człowiek odor ten pierwszy raz czuje, to w życiu by nie pomyślał, że to jedzenie. Najpopularniejszy jest fermentowany sos rybny. Można też spotkać krewetkowy i fermentowane tofu. Wielu białasów nie jest w stanie znieść zapachu tych przetworów. Mi się zdarza je jeść, ale raczej, jak ktoś poczęstuje. Sama z siebie nie mam chciwa na śmierdziuchy. Mogłabym bez problemu bez tych fermentowanych sosów żyć, świat by się nie zawalił.

warzywka do zupy - kupa liści

Wspominając o śmierdzielach - nie sposób pominąć lokalnego przysmaku - duriana. Jest to najbardziej śmierdzący owoc świata. Nie wolno wnosić go do hoteli, autobusów, czy na lotniska. Trąci on skisłą cebulą. Smakuje jak połączenie skisłej cebuli, miodu, śmietany i banana - wbrew pozorom jest PRZEPYSZNY. Ale mogę go jeść jedynie na zewnątrz. Raz zjadłam w pracy. Capiło tak, że żyć się nie dało. Z durianów można też całkiem sporo zrobić, na przykład ciastka, czy chipsy.

 duriany

Ogólnie rzecz biorąc owoce je się z przyprawami. Najczęściej jest to sól z chilli. W Tajlandii cukier z chilli. Niektóre owoce, tak jak guava dobrze się komponują z przyprawą, ale nadal nie jestem przekonana do jedzenia arbuza, czy słodkiego mango w ten sposób. Smaki słodko-słone są we wszystkie strony mieszane. Furorę robi Full Moon Cake, czyli słodkie ciastko ze skisłym, słonym jajcem (salty egg) w środku. Lepiej uważać na gotowe pieczywo w sklepach, bo jest duża szansa, że kiedy kupujemy parówkę w bułce, to bułka będzie słodka (Wietnamczycy cukier lubią i wiele rzeczy jest mocno przesłodzonych, ale to, to już przesada). Mogę jeść skisłe pasty, baluty, dziwne mięso, ale słodka bułka z kiełbą... no nie. Niedawno kolega z pracy zakupił na kolację suszone ryby. Część była bardzo słona, inne natomiast... słodkie. Pierwszy raz jadłam rybę na słodko. Człowiek nigdy nie wie, czego się spodziewać.

Co jeszcze przyprawia mnie o ciarki? Kolendra. Świeża kolendra jest dodawana do wszystkiego i wszędzie w dużej ilości. Smak jest tak mocny, że nic innego poza nią nie czuć. Uwielbiam suszoną kolendrę, bez problemu jem gotowaną... Ale świeża - fuj. Co ciekawe, kiedy wyławiałam sobie kolendrę pływającą w zupie kolega Wietnamczyk zaczął nagle robić to samo (bo już nie jest głupio ją wyciągać, jak ktoś inny to robi). Więc nie wszyscy jednak tak ją kochają.

 morning glory - warzywo w Tajlandii i Wietnamie

Warzywa są zupełnie inne. W dużej mierze warzywami nazywane są różnego rodzaju liście, o których istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia. Pamiętam kiedy jeszcze w Tajlandii zamówiłam danie o nazwie "morning glory". Spodziewałam się czegoś niesamowitego po tej nazwie. Dostałam kupę czegoś, co wyglądało jak skoszona trawa. Po jakimś czasie przekonałam się, że przeróżne liście i łodygi są naprawdę jadalne. Mało tego - są smaczne. Jeszcze ciekawostka - ziemniaki. Nie są one tutaj traktowane jako "zapychacz", a jako warzywo. Więc często można spotkać na przykład ryż z ziemniakami. A po tajsku sałatka to kawałek ogórka, lub surowa, zielona fasola, kilka liści kapusty i trochę liści. Muszę przyznać, że brakuje mi europejskich sałatek. Tutaj spożycie "naszych" warzyw jest znikome. Poznałam za to nowe wspaniałe warzywo - okrę. Wygląda jak włochaty pół ogórek, pół fasolka. Jest pyszna grillowana z sosem chilli, a także gotowana.

tajska sałatka (trochę wygląda jak posiłek z polskiego szpitala)

Niektóre znane nam rzeczy podawane są na inne sposoby. Kurczak, wołowina, wieprzowina - najczęściej natrafimy na jedną wielką kość i kawał skóry. Jak to mój szef mawia - wietnamskie mięso - 90% kości, 10% tłuszczu. Pierś, czy nóżki ciężko dostać nawet w sklepie. A jak już mamy nóżkę drobiową to jest pocięta na kawałki w poprzek. Za to kurze rapki, wszelkie podroby, jelita ponadziewane na szaszłyki, a nawet zbrylona krew - to tak, oj tak. Zawsze i wszędzie. 

zupka na granicy Tajlandii i Birmy i pływające w niej cuda

Kawa. Popularna w Wietnamie (i najdroższa na świecie) kawa jest zrobiona z... fekaliów. Zbiera się kupy cywet, które ziarnka kawy jedzą. I takie nadtrawione myje się, obrabia, parzy i pije ze smakiem. Ta kawa jest rzeczywiście przepyszna (pisząc ten tekst właśnie sączyłam filiżankę takowej). Ale nawet najzwyklejsza kawa jest podawana w niezwykły dla nas sposób. Na dnie filiżanki możemy znaleźć niesamowicie słodkie, skondensowane mleko. Na początku było to mi niezwykle okropne (gwałt na kawie!), teraz zdarza mi się takową zamówić i z zadowoleniem wypić. Oprócz tego popularna na północy jest kawa z jajkiem. Żółtko ubite z cukrem (czyli taki nasz kogel-mogel) dodaje się do kawy. Może  i brzmi paskudnie, ale to nie może być niedobre!

 kawa z kupy po opłukaniu

Mamy również szereg innych przyzwyczajeń, jeśli idzie o kulturę jedzenia. Mlaskanie jest na porządku dziennym. Wręcz wypada mlaskać. Beknięcie sobie po posiłku jest w porządku, chociaż Wietnamczycy przy białasie będą się raczej nieco wstydzić bekania. Higiena jest sprawą względną. Wszystko, co niejadalne (kości, muszle ślimaków) zostawia się na stole lub niedbale wrzuca pod niego. Po wszystkim stół zostaje odsunięty na bok, przetarty starą ścierą, a podłoga pod nim wyzamiatana - i można zaczynać od nowa. Na porządku dziennym jest jedzenie sobie wzajemnie z talerzy, czy też mój hit - przekładanie lodu przez kelnerów ze szklanki do szklanki (oh i kolejna ciekawostka - tutaj wszystkie napoje pije się z lodem, szczególnie piwo - wolniej się ogrzewa). Kelner roznoszący posiłki  kopcąc papierosik... Kto by się przejmował. I najlepsze, że nikomu nic nie jest (może poza tymi biednymi białasami z wrażliwymi żołądkami...).

 stół po jedzeniu owoców morza - i tak bardzo czysty!

W wietnamskich restauracjach nie dostaniemy widelca, ani noża (no chyba, że w takich ekskluzywnych, najczęściej prowadzonych przez obcokrajowców). Mamy jedynie łyżkę i pałeczki. Do każdego posiłku, tak samo zjemy zupę (wszytko, co nie jest płynem wyławia się pałeczkami) jak i wszystko inne. Rozprawienie się z kawałem mięcha za pomocą łyżki przysporzyło mi sporo kłopotów.

***
 
Wiele potraw uważanych współcześnie w Wietnamie za rarytasy kiedyś było jedzone z konieczności. Wojna, brak pożywienia i trudne warunki zmuszały ludzi do jedzenia wszystkiego, co było pod ręką. Warto o tym pamiętać, kiedy krzywimy się na myśl o robactwie, czy psim mięsie. Obecnie "biedne" kiedyś potrawy są udoskonalane, coraz smaczniejsze. Tak więc od Wietnamczyków można się sporo w kuchni nauczyć. Wszystko jest tak bardzo inne. Ale by napisać o napisaniu o niektórych rzeczach musiałam sporo się głowić, bo już weszły mi w krew. Powiem jedno - jest bardzo dziwnie. Ale zdecydowanie jeszcze bardziej pysznie.

7 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Jesteś chyba jedyna, co nie powie "fuuu ohydne" ;)

      Usuń
  2. Sama nie wiem, nigdy nie próbowałam świerszczy i chyba najbardziej odpychał by mnie w nich widok owadzich odnóży a z drugiej strony przekonuje się,ze to co dla innych kultur może być odpychające dla nas jest przepyszne. Na tym polega to piękno różnorodności kultur. Najbardziej zaintrygowałaś mnie tym śmierdzącym owocem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze świerszczami sama miałam problem, bo boję się robactwa. Ale nie chciałam odmówić koledze Tajowi, który mnie częstował, więc się zmusiłam i zobaczyłam, ze to dobrze smakuje. Od wtedy jem i nie myślę, co to jest.:)
      Duriana albo się bardzo lubi, albo nie cierpi :) póki co dwie odwiedzające koleżanki z Polski stwierdziły jednogłośnie, że jest obrzydliwy.

      Usuń
  3. Po przeczytaniu tego tekstu dochodzę do wniosku, że między kuchnią wietnamską i chińską jest wiele podobieństw. Naprawdę wiele! I to zachowanie przy stole, rzucanie wszystkiego na ziemię.
    A tak na marginesie, durian to mój ulubiony owoc. Pychota!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak też mi się wydaję, jak czytam zapiski koleżanki z Klubu - Xiaotai Bai.
      Niedługo spróbuję sama, mam lot przez Pekin i cały dzień przestoju :)
      Durian jest mniam! :)

      Usuń
    2. I Twój blog mi się spodobał na pierwszy rzut oka, jutro będę czytać :)

      Usuń